Majówka w Czechach
Wiosna

Odkryłam piękne miejsce, czyli kilka słów o Brnie i Morawach.

Dałam Czechom drugą szansę. Kiedy parę lat temu odwiedziłam w czasie majówki Pragę, przekonałam się, że to faktycznie ładne miasto, ale niemiłosiernie zatłoczone (tak, przechodziłam w tempie slow przez most Karola wraz z tysiącem innych turystów dnia 3 – go maja 😉 ). Nie było mi spieszno do powrotu w tamte strony. Dopiero, kiedy w planie pojawiły się zielone Morawy i zupełnie nieznane mi Brno, postanowiłam wybrać się tam na kolejny długi weekend. 

W tym roku daty tak się szczęśliwie poukładały, że w zasadzie nasza majówka przypadła na koniec kwietnia. Dzięki temu zgrabnie uniknęliśmy starcia z nalotem turystów zarówno w podróży jak i na miejscu. Tak więc warunki sprzyjały 🙂 Hostel, w którym wynajmowaliśmy pokój, mieścił się właściwie w sercu miasta, w uroczej kamienicy przy brukowanej uliczce. Śniadanie w cenie noclegu, ładne wnętrza, meble oraz mieszcząca się na parterze kawiarnia z naprawdę wyśmienitą kawą (chyba ostatnio staję się smakoszem 🙂 ) sprawiły, że nasz pobyt był nie lada komfortowy. Polecam to miejsce jeśli ktoś z Was zawita kiedyś w Brnie.

Samo miasto zaskoczyło mnie piękną architekturą, którą można było podziwiać podczas najkrótszego nawet spaceru. W odróżnieniu od Wiednia, czy Budapesztu korzystanie z komunikacji miejskiej w ogóle nie było konieczne. Brno jest raczej dużym miastem, ale zarówno jego rozkład jak i charakter sprawiają, że w ogóle tego nie czuć – nie przytłacza swoim ogromem. Do większości muzeów i galerii wstęp na wystawy stałe jest bezpłatny, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Galeria Morawska zajmuje pięć osobnych budynków, a w każdym można zobaczyć inną wystawę; od malarstwa, poprzez rzeźbę, sztukę użytkową, sakralną, aż po sztukę współczesną i design. Tak więc dla każdego coś dobrego. Dla mnie i tak w pewnym momencie najlepszym wyborem staje się pójście „w zieleń” 🙂 A tej w Brnie nie brakowało. Uwielbiam miasta i miasteczka, które położone są na wzgórzach! Wspinanie się krętymi ścieżkami wśród drzew i krzewów, połączone z powolnym odsłanianiem się panoramy całej okolicy, wyzwala we mnie porządną dawkę endorfin 🙂 Tak było i tym razem. Na zawsze też zapamiętam rozpromienioną parę Czechów w średnim wieku, którzy poprosili nas o zrobienie im zdjęcia pod kwitnącą czereśnią – do pocałunku nie trzeba było ich namawiać! Chwilę porozmawialiśmy w języku polsko – czeskim, a potem my ustawiliśmy się pod tym samym drzewem 😉 Kiedy już przedarliśmy się przez aleję bzów i dotarliśmy do Zamku Špilberk – gdzie dołączyli do nas przyjaciele – słońce, kawa i schłodzone wino sprawiły, że poczuliśmy się jak na włoskich wakacjach – taka reminiscencja.

na zamku

Pierwszy wieczór spędziliśmy w Teatrze Narodowym na balecie „Śpiąca Królewna” P. Czajkowskiego. Nie mogę powiedzieć, że poruszyła mnie proponowana interpretacja, ale bardzo podobał mi się luz panujący zarówno wśród artystów jak i widzów, co w przypadku tych drugich uwidaczniało się również w kreacjach. Polski look weselny to przy tym naprawdę nic 🙂 I dobrze, bo każdy ma prawo zakładać na siebie, co tylko zechce.

W czasie tego pobytu znalazłam też inny teatr, bardziej kameralny, który samą fasadą przyciągał wzrok i nie dało się przejść obok niego obojętnie. Divadlo HUSA NA PROVÁZKU, co w tłumaczeniu na polski znaczy Teatr Gęś Na Sznurku, okazał się niezwykle klimatycznym miejscem! Niestety nie udało mi się zobaczyć tam żadnego przedstawienia (wszystko przede mną), ale przynajmniej obejrzałam jego intrygujące wnętrze i zawitałam do działającej w nim kawiarni, gdzie udało mi się porozmawiać z prowadzącym ją Czechem. Dzięki tej spontanicznej wizycie przypomniałam sobie o istnieniu miejsc, które swoją aurą potrafią pobudzać do twórczego działania. Dobrze bywać w takich miejscach, dobrze tworzyć takie miejsca.

divadlo

Pozostając w temacie miejsc wyjątkowych: kolejny wieczór postanowiliśmy spędzić na mieście. Taki nostalgiczny powrót do czasów studenckich 🙂 Aż trudno uwierzyć, że to ja zainicjowałam takie wyjście, ale prowadzona intuicją wybrałam dobrze. Utopia čajovna, której krótki opis znalazłam w hostelowym przewodniku, bardzo pozytywnie nas zaskoczyła! Samo wejście wyglądało dosyć niepozornie, w dodatku przekraczając próg znaleźliśmy się po prostu w sklepie z herbacianymi akcesoriami. Dopiero za regałami znaleźliśmy schody prowadzące w dół. Spodziewaliśmy się typowej czeskiej piwniczki o niezbyt wysokim stropie, dlatego wielkie było nasze zdumienie na widok ogromnej przestrzeni, jaka się przed nami rozpostarła. Na ścianie zauważyliśmy mapę z planem poszczególnych sal! Każda z nich skupiała się wokół innego tematu – w jednej, typowo herbacianej rozłożone były podesty przykryte dywanami i poduszkami do siedzenia, druga zapełniona była kilkupoziomowymi lożami, gdzie na stolikach królowały karty, gry planszowe i fajki wodne, a na najniższym poziomie sali ustawione było kilkanaście stołów bilardowych. Zwiedziliśmy jeszcze kilka sal, zanim zajęliśmy miejsce: sportową, gdzie akurat ludzie oglądali mecz hokeja, taką, gdzie grało się w rzutki i taką, w której stały stoły do snookera. Wszędzie panowała przyjazna atmosfera: stoliki skupiały Czechów w różnym wieku, a wszyscy byli wygodnie ubrani, tak jakby zamierzali spędzić wieczór w domu, ale ostatecznie sięgnęli po kurtkę i wybrali się na spotkanie ze znajomymi 🙂 Muzyka była łagodnie słyszalna gdzieś w tle, a menu naprawdę zachęcało do pozostania dłużej: kilkadziesiąt rodzajów herbat, butelka wina w cenie takiej jak i w sklepie, opcja wypożyczenia fajki wodnej, jeśli ktoś przychodzi z własnym tytoniem i bardzo dobre przekąski. Tak, okazuje się, że są takie miejsca 🙂 Podobno wcześniej w tym budynku istniało kino i stąd ta ciekawa, duża przestrzeń, która została tak pomysłowo zaaranżowana.

Utopia

Tyle jeśli chodzi o samo Brno, gdyż ostatniego dnia naszego pobytu, wsiedliśmy w pociąg, który zabrał nas do niedalekiej miejscowości Blansko, skąd można było wyruszyć na przeciw temu, co dzikie i zielone.

połacie

Zaczęliśmy od zwiedzania Jaskini Balcarka, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Spacer jej korytarzami, komorami i galeriami o przepięknych tworach i wzorach naciekowych trwał godzinę i wcale mi się ta wycieczka nie dłużyła. Podziwiałam ten podziemny świat nie tylko oczami – cały czas czułam potrzebę dotykania mijanych ścian, skalnych rzeźb i kaskad. Urocze nietoperze spokojnie spały uczepione skały i z trudem się powstrzymałam, żeby nie zabrać chociaż jednego do domu 🙂 Byłam prawdziwie wzruszona tym miejscem. Odkryłam tam jeszcze jeden sposób na zjednoczenie się z naturą. Wcześniej wydawało mi się to możliwe głównie poprzez kontakt z roślinami, z wodą, z ziemią… A skały mają swoją moc i poczułam to bardzo wyraźnie. Choć w regionie znajdują się podobno o wiele bardziej efektowne jaskinie, których zwiedzanie połączone jest ze spływem podziemnymi rzekami, nie żałuję, że zabrakło do nich biletów wstępu, bo mam po co wracać, a to co zobaczyłam, sprawiło, że od czasu powrotu do domu, zgłębiam swoją wiedzę na temat jaskiń i planuję kolejne eskapady 🙂

jaskinia ta

Po wyjściu na powierzchnię zdecydowaliśmy się na wędrówkę w stronę Przepaści Macocha, oddalonej o 3 km. Szlak okazał się niesamowicie malowniczy – zielone wzgórza, kwitnące jabłonie… Aż przypomniał mi się piękny czeski film „Zahrada”, którego akcja toczy się w dzikim sadzie. Pozwoliłam sobie tam na małą sesję zdjęciową, tak bardzo byłam zachwycona sielskością krajobrazu.

jabłonki

rozpost

Dalej szlak prowadził przez las mieszany, następnie iglasty, by skończyć się właśnie nad tą słynną skalną przepaścią, którą obejrzeliśmy z górnych tarasów widokowych i która liczy 138 m głębokości! Schodząc do miejscowości Skalny Młyn, przez całą drogę o długości kilku kilometrów, mijaliśmy mnóstwo różnorodnych, wysokich i porośniętych mchem skał, nadających całej dolinie baśniowego charakteru.

Można zauważyć, że wyjątkowo nie rozpisuję się na tematy kulinarne, ale niestety kuchnia czeska nie należy do moich ulubionych. Podczas pobytu starałam się jak mogłam umiarkowanie korzystać z tego, z czego właściwie Czechy słyną w tym temacie 😉

Majówka się skończyła, a ja czekam na inspirację, żeby dookreślić kolejny cel podróży – kilka pomysłów oczywiście już mam. Pewnie będzie to wakacyjna wyprawa, bo nawet mnie obowiązki zawodowe potrafią czasem przytrzymać w miejscu 😉 Ale też większa radość z wyjazdu, kiedy praca dobrze wykonana.

Wszystkiego dobrego <3

Gajka