Skuteczna terapia jedzeniem
Piąta pora roku,  Wiosna

Skuteczna terapia jedzeniem.

Na temat jedzenia w kontekście zdrowia napisano już bardzo wiele i odnoszę wrażenie, że ogólny stan świadomości w tym temacie znacznie się zwiększył. Dobrze wiedzieć co nam służy, bo pomaga utrzymać w organizmie  r ó w n o w a g ę  niezbędną, żeby ten sam mógł się leczyć, kiedy zajdzie taka potrzeba. Oczywiście, że zalecenia są różne, ale i my bardzo różnimy się od siebie. Każdy tak naprawdę powinien odnaleźć swoją własną metodę opierając się na wiedzy jak i osobistym doświadczeniu. Swoje przestudiowałam i nadal z przyjemnością studiuję, ale właściwie… ja nie o tym. Ja o trochę innym podejściu do jedzenia, traktującym je jako skuteczną terapię, przydatną wszystkim, którzy chcą wyjść na prostą.

 

Trochę osobistych historii związanych z jedzeniem

Jedzenie nie zawsze było dla mnie przyjemnością. Kto dorastał w dobie „kotletów” z mortadeli, jajek w sosie koperkowym i krupniku, w którym pływało mnóstwo dziwnych rzeczy wie, co mam na myśli. Prawdopodobnie, gdyby nie te wspomnienia, moje dzieciństwo mogłoby uchodzić za idealne. Kiedy czasem na stół wjeżdżało coś pysznego, zastanawiałam się dlaczego tak nie może być codziennie? Pamiętam, że atmosfera w domu zmieniała się wtedy na radosną: każdy był podekscytowany i przesiadywał w kuchni już w trakcie przygotowywania posiłku.

Kiedy trochę podrosłam zaczęłam dostawać pierwsze kulinarne zadania, które zniechęciły mnie do gotowania na długie lata (w trakcie studiów posiadałam jeden z rzadka używany garnek), bo polegały mniej więcej na ugotowaniu ziemniaków, starciu marchewki i usmażeniu mięsa – wszystko czekało przyszykowane w lodówce. Wakacje, młodsze rodzeństwo pod moją opieką i ta nieszczęsna wątróbka czekająca nas na obiad. I moje próby przekształcenia tego posiłku w coś mniej złego poprzez obtoczenie wątróbki w panierce. Mój brat i siostra byli pełni uznania, pamiętam.

Kiedyś wyjechałam na tydzień do cioci i dokonał się zwrot w moim myśleniu o jedzeniu, który zdecydowanie wpłynął na to, jak sprawa wygląda dziś. Otóż każdego wieczoru ciocia szczegółowo opowiadała mi i kuzynce, co następnego dnia będziemy jeść. I zawsze zapowiadało się bajecznie: naleśniki z bitą śmietaną i jagodami, trójkątne tosty z serem, zupa z fasolki szparagowej, jagodzianki, ciasto z brzoskwiniami… Tego było trzeba mojej dziecięcej wyobraźni, żeby poczuć się wspaniale 🙂

 

Książka Uczta naszego życia – jedzenie jako terapia 

Do napisania tego postu oraz sięgnięcia pamięcią wstecz, skłoniła mnie lektura fascynującej książki Uczta naszego życia autorstwa Pauli Butturini – amerykańskiej dziennikarki o włoskich korzeniach. Chodziłam  między regałami książek w bibliotece i kiedy poprosiłam mojego Anioła Stróża, żeby pomógł mi wybrać coś, czego moja dusza potrzebuje na teraz, mój wzrok padł właśnie na te niepozorną książeczkę. Jej treść okazała się bardzo mi bliska.

Podtytuł tej książki brzmi: Jak we Włoszech uleczyłam chorą duszę, ponieważ cała historia została osnuta wokół trudnych doświadczeń autorki związanych z depresją, która dotknęła jej męża, a wcześniej matkę. Nie chcę pisać tutaj recenzji, ani wdawać się w szczegóły, zaznaczam jednak, że opowieść wcale nie jest dołująca – wręcz przeciwnie: dawno nie czytałam czegoś tak pięknego i prawdziwego. Paula wobec sytuacji z jaką przyszło jej się zmierzyć, postawiła na coś, co w obliczu nawet największej tragedii jest niepodważalnym stwierdzeniem, mianowicie: jeść trzeba.

 

Jedzenie jako nasza podstawowa potrzeba

Jeść trzeba, ale nie byle co i nie byle jak. Posiłek ma szansę poprawić Twoją sytuację i samopoczucie tylko wtedy jeśli uczciwie skupisz na nim całą swoją uwagę. Nie ma sensu gotować jeśli wykonujesz tę czynność pozwalając, żeby w Twojej głowie panoszyły się negatywne myśli. Do przyrządzenia posiłku mającego uzdrawiającą moc, potrzebna jest miłość i skupienie. Podobnie z samym spożywaniem potrawy – jeśli będziesz jadł uważnie, delektując się jej smakiem, w najprostszy z możliwych sposobów podniesiesz jakość swojego życia! I nie chodzi tutaj o nie wiadomo jakie frykasy:

Kuracja, której początkowo nieświadomie szukaliśmy, koncentrowała się wokół jedzenia. Nie chodziło o wymyślne smakołyki czy frymuśne restauracje, ani o najnowsze kulinarne mody, ani o niebotycznie kosztowne składniki. Chodziło o magię zwyczajnych potraw, produktów świeżych i zdrowych, bezpretensjonalnie przyrządzonych i spożywanych trzy razy dziennie przy wspólnym stole.

/P. Butturini

Obok podróży, to właśnie dobre jedzenie jest przyjemnością, na którą najchętniej przeznaczamy swoje pieniądze. Obserwuję to w swoim otoczeniu i w ogóle się nie dziwię. Dbałość o to co jemy i jak jemy, przekłada się bezpośrednio na jakość naszego życia. Jeśli zdarza Ci się zamówić do domu pizzę, zadbaj przynajmniej o ładne nakrycie stołu: przelej sosy do miseczek, użyj sztućców i talerzy. Naprawdę nie zdarzyło mi się od długiego już czasu położyć na stole choćby dżemu w słoiku z firmową etykietą (pomijając fakt, że jemy zazwyczaj konfitury domowej roboty).

Zdarzają się lokale, w których podają jedzenie na plastikowych talerzach – tych unikam jak ognia. Jedzenie to nasza  P O D S T A W O W A  P O T R Z E B A. Szanujmy siebie i dbajmy o to czym i w jaki sposób karmimy siebie i swoich bliskich. To od nas – kobiet – zależy atmosfera panująca w domu, ponieważ to my mamy dar przemieniania w złoto tego, czego się dotkniemy. Mężczyźni i dzieci są nie mniej wrażliwi na nastrój od kobiet. Chcesz żyć dobrze? Zadbaj o podstawowe sprawy, czyniąc swój dom miejscem, do którego każdy chętnie wraca, bo znajduje w nim ukojenie.

 

Jak działa terapia jedzeniem

Jeśli jedzenie jest świeże, dobrej jakości, a do tego pięknie podane, posiłek staje się swoistą terapią. Nawet jeśli masz trudny czas, nie rezygnuj z tej ostatniej deski ratunku. Znajdź przepis na pyszne ciasto, albo wybierz się na targ po sezonowe warzywa i przygotuj małą kulinarną ucztę. Pamiętam smętny dzień, w którym oblałam egzamin z prawa jazdy (nie pierwszy 😉 ), byłam sama w mieszkaniu, bo mój chłopak wyjechał i ogólnie czułam się nieciekawie. Zebrałam się wtedy w sobie; upiekłam ciasto cytrynowe, zaprosiłam koleżankę, która przyszła ze swoim psem i z truskawkami i nagle wszystko nabrało jasnych barw. Wiem, czasem sytuacja jest o wiele bardziej przytłaczająca, ale tak czy inaczej nie odmieni się sama! Polecam jeszcze raz Ucztę naszego życia, gdzie autorka przyznaje się do tego, że każdego ranka wracając z targu, wstępowała do kościoła, gdzie kopała wściekle w drewniany klęcznik z bezsilności, a mimo to robiła swoje, bo wierzyła, że tylko zanurzenie się w normalności może jej pomóc. Płynnie przechodziła do  przygotowania śniadania złożonego z chrupkiego włoskiego pieczywa, kilku świeżych fig i sera ricotta.

Znajdziecie w tej książce całe akapity poświęcone soczystym, zielonym szparagom, jędrnym bakłażanom, chłodnym, słodkim winogronom… Czytałam ją zimą i wierzcie mi, nie było łatwo zadowolić się obrazami powstałymi jedynie w wyobraźni. Myślę, że w bardzo dobrym momencie piszę dla Was ten tekst, bo właśnie wszystko dojrzewa i syci zmysły – wystarczy skorzystać z tego, co daje natura i serwować sobie tę przyjemność na co dzień. Zwłaszcza jeśli z czymś się zmagacie.

Zainteresowanych dobrym karmieniem siebie odsyłam do swojego wcześniejszego wpisu.

Wszystkiego dobrego

Gajka

P.S. Nie jest łatwo dostać tę książkę w księgarniach, ale zdaje się, że tutaj jest dostępna. No i pozostają jeszcze biblioteki 😉